środa, 23 grudnia 2015

#23. Ostatnie zadanie

Dwa dni później:
Było bardzo wcześnie, słońce jeszcze nie wzeszło, a już jedna z lwic nie spała. W dodatku wyszła z jaskini i ruszyła w kierunku brylantowej ziemi. Było jeszcze bardzo ciemno więc przemieszczała się ostrożnie i powoli. Droga bardzo ją męczyła. Lwica co pewien czas słabła, jednak nie mogła sobie pozwolić na odpoczynek musiała czym prędzej dostać się na miejsce. Było to bardzo ważne, ponieważ lwica nie była w stanie tego dłużej ciągnąć. Choć zdawała sobie sprawę że to nie od niej zależy, jednak musiała się postawić mimo konsekwencji. To było bardzo istotne. Zwykle wymykała się nocą i łamała przy tym bardzo ważną zasadę, teraz jednak wyszła z jaskini tuż przed świtem. W dużej mierze było to spowodowane słabym (na obecną chwilę) stanem zdrowia, ale również strachem. Który przeobrażał się w paniczny lęk. Bała się ona straszliwie śmierci, wcześniej widziała w niej wybawienie w najgorszej sytuacji, a teraz wszystko się zmieniło. Nie tylko to uległo w niej zmianie również straciła swoją obojętność i zaczęła bardziej przejmować się uczuciami swoimi jak również innych. Stała się również wytrwała i silna. Jednak jej siła nie przejawiała się w walce tylko w uczuciach, oraz trudnych sytuacjach. Smutek prawie całkiem wygnała ze swej natury. Choć myśl o rodzinie nadal doprowadzała ją do łez. Bardzo tęskniła za krewnymi, a szczególnie za matką. Luna nigdy nie zapomniała tych chwil spędzonych razem. Jej uśmiechu, szarego futra z białym uchem. Czasu spędzonego na polowaniu, tych wszystkich rad. Opowieści, tych opowiadanych przed snem i tych na pocieszenie. Pamiętała jej dobroć i ogromne akty wybaczenia. Te twarze lwów i lwic którym darowano życie, te uśmiechy lwiątek którym zwrócono matki. Słowa otuchy, kierowane do wszystkich. Majestatyczną jaskinie w której spała wraz z swoim mężem i ojcem Lunny. Długie spacery oraz lekcje panowania. Szara lwica pamiętała również nie tylko dobre chwile ale również złe. Wszystkie oczy wygnańców, wszystkie kary. Każdą łzę wylaną z jej i sióstr winy. Brak czasu na wspólne rozmowy. Choroby oraz osłabienia. Luna pamiętała to wszystko. Były to dla niej bardzo ważne wspomnienia, cenniejsze niż miłość, życie, potomstwo (lwiątka), władza, wolność, niezależność, wiedza, zdrowie, rozsądek, szacunek i wszystko inne co jest ważne. Zostały bowiem jej tylko one. Matki nie widziała wiele lat, nawet nie wiedziała czy ona nadal żyje. Bardzo pragnęła jeszcze kiedyś z nią porozmawiać, pośmiać się, posłuchać jej głosu. Wiedziała jednak że jeśli jej rodzicielka dowiedziała się co ona robi nie była by zadowolona. Lunna sama z siebie nie była zadowolona, ale niestety nie miała wyjścia. Kolejnym powodem do gardzenia sobą było, wykorzystywanie swoich niezwykłych umiejętności (darów) do złych rzeczy. Lwica była bardzo niezadowolona z tego powodu, niestety ona sama nie mogła o sobie decydować. Jej los spoczywał w rękach Dionera, więc również jej zachowanie, gesty, mimika pyska, rozmowy zależały od niego. Lwica była zmuszona do całkowitego uzależnienia od króla Brylantowej Ziemi. Co zmuszało ją do bycia niesamodzielną. Teraz podążała jednak by uwolnić się od ubezwłasnowolnienia. Dobrze znana droga była teraz dla niej znacznie trudniejsza, z powodów zdrowotnych. Drogę która zwykle pokonywała w kilka minut, teraz pokonała w ciągu kilkudziesięciu. Była wyjątkowo wolna, a czas nie był jej sprzymierzeńcem. Szła, a tak właściwie wlokła się bardzo ociężale. Wyglądała nie najlepiej. Jej szare futro było płowe, a jej niebieskie oczy wydawały się być jakby za mgłą. Lunna po cichu płakała. Dlaczego? To wiedziała tylko ona. Czas płyną niemiłosiernie szybo, za szybko. Ranek był już blisko, a ona nie była nawet jeszcze w połowie drogi. Wyjątkowo całą drogę zajmowały jej rozmyślania. Myślała o... przeszłości, dawnym życiu, a przede wszystkim o rodzinie. To ostatnie był zarazem najboleśniejsze jak i najszczęśliwsze. Trudno określić jak tak naprawdę się czuła. Nie był bowiem ani smutna, ani szczęśliwa, ani tym bardziej obojętna. To co czuła to coś pomiędzy smutkiem a radością. Cos niewyobrażalnie radosnego, ale zarazem bardzo smutnego. To tak jakby niespełniona miłość, ale dużo silniej oddziałująca. Próba przywrócenia tego co stracone, powrót zapomnianych wspomnień które nigdy nie znikły, a jedynie zaginęły gdzieś daleko. Ciągle próbowała, ale... na tym się kończyło. Minęło bowiem już tyle lat. Nagle Lunna zboczył z trasy i weszła na ścieżkę prowadzącą za Cmentarzysko Słoni. Jednak nie wchodziła na jego teren a jedynie je omijała. Lwica po wkroczeniu na nią jakby zyskała nadprzyrodzona silę. Nie była już osowiała pędem popędziła przed siebie. Wydawało się że nie wie gdzie biegnie, że postanowiła uciec od tego wszystkiego, tak jednak nie było. Doskonale wiedziała dokąd biegnie, na jej pysku pojawił się uśmiech. Taki jakiego nikt z Lwioziemców, Brylantoziemców czy Złoziemców nigdy w życiu nie widział. Pędziła jak oszalała nie zwracając uwagi na nic, niestety na ścieżce leżał kamień którego Lwica nie zauważyła. Potknęła się i poturlała parę metrów mocno przy tym się obijając. Na szczęście nie uderzyła głową o kłodę która leżała tuż przed nią. Lunnę strasznie rozbolał brzuch, ale nie to było najgorsze. Znacznie gorsze było to że zrozumiała ona jak głupia była że wo gule wkroczyła na tę ścieżkę. Teraz musiała jak najszybciej wrócić na ścieżkę i dotrzeć do Brylantowej Ziemi. Wiedziała że to jest bardzo niemądre w jej obecnej sytuacji, jednak nie mogła inaczej. Zebrała w sobie resztki sił i ruszyła do królestwa Dionera. Po drodze już nie myślała o niczym tylko o jak najszybszym dotarciu na miejsce. Jednak ból utrudniał jej dodatkowo drogę. Była jednak w zbyt dużym... szoku, trwodze, załamaniu by tym się przejmować. Dodatkowego stresu dodał jej fakt iż słońce zaczęło wychodzić już ponad widnokrąg. Lunna wzięła głęboki wdech, rozejrzała się dookoła i zaczęła gnać. Mimo iż nie miała siły biegła coraz szybciej i szybciej. Po dłuższym czasie w końcu udało się dotarła do granicy jednak ku jaj zdziwieniu Dionera tam nie było. Bardzo się zdziwiła, ponieważ miał on tu na nią czekać. To własnie przez niego pędziła tu, pomimo iż nie miała sił. Lwica bardzo się zdenerwowała, ale nie mogła zmienić obecnej sytuacji. Odwróciła się aby odejść. Jednak kiedy to uczyniła coś mignęło w trawie. Usłyszała jakiś szelest, zwróciła się więc w tym kierunku. Nagle ku jej zdumieniu ukazał się król Brylantowej Ziemi. Nie wyglądał on na zadowolonego, a raczej na wściekłego. Na jego pysku malował się gniew, jednak mimo to szyderczo się uśmiechał. Zbliżył się do Lunnu i spojrzał jej prosto w oczy. Pokręcił głową i pomruczał pod nosem. W końcu podniósł łapę i już miał uderzyć podwładną, jednak zatrzymał się i tylko posłał jej karcące spojrzenie. Lwica wystraszyła się jednak wiedział że tym razem nie odpuścić. Musiała w końcu zakończyć ten koszmar. Sekundy zaczęły mijać niemiłosiernie wolno. Zapadła nieprzenikniona cisza. Tak głęboka i tak mroczna ze żadne żyjące stworzenie nie odważyło się jej przerwać. Wydawało się że każdy oddech jest niczym grzmot pioruna podczas burzy. Po dłuższym czasie Dioner przerwał ten "Hałas".
- Spóźniłaś się - rzekł
- Tak... wiem.. przepraszam - wysylabizowała Lunna
- Na szczęście... twoje szczęście... mam dziś dobry humor. A więc powiedz czy są jakieś problemy?
- Nie, ale...
- Co, ale? - przerwał jej
- Ja chcę to już zakończyć! - odrzekła stanowczo
Króla Brylantowej Ziemi bardzo zaskoczyło to co powiedziała jego podwładna. Momentalnie znikł z jego pyska ironiczny uśmieszek. Można było zauważyć że nie był rad z zaistniałej sytuacji. w jego głowie zaczęło krążyć mnóstwo pytań. Nie miał pojęcia co odpowiedzieć, nie chciał jeszcze tego kończyć, jednak doskonale zdawał sobie sprawę ze skoro Lunna powiedziała "STOP" to długo już nie da rady utrzymywać Kovu w swoich łapach. Musiał szybo wymyślić jak doprowadzić czyn do końca. Nie było to nawet dla niego takie łatwe, gdyż planował inaczej to pociągnąć. Jednak w obecnej sytuacji, choć to do niego nie podobne postanowił, posłuchać prośby (on odebrał słowa Lunny jako prośbę) podwładnej. Położenia w jakim się znalazł nie było łatwe, był całkiem zdezorientowany, pomimo iż jeśli by chciał mógłby ciągnąc to dalej. Jednak w tedy naraziłby się na niepowodzenie, a postanowił sobie że Kovu nie wymknie mu się kolejny raz. Król Lwiej Ziemi już wiele razy otarł się o śmierć, ale zawsze udało mu się przeżyć. Dioner ciągle knuł i wymyślał nowe sposoby pozbycia się go, a ten w którego był w trakcie był prawie doskonały dlatego ta drobna zmiana planów nie mogła tego zmienić. Na ogół Brylantoziemcy łatwo się denerwują i popadają w amok. Ich król nie był wyjątkiem, dlatego tak trudno mu było sobie poradzić w sytuacji pod presją w jakiej własnie się znalazł. Nerwowo zaczął krążyć dookoła, chodził tu i tam warcząc przy tym na każdy krzak, kamień i wszystko inne co tylko było w pobliżu, baz wyjątku. Jego pomysły były chaotyczne i wręcz skazane na niepowodzenie. W końcu usiadł i zaczął wykrzesać resztki pomysłów. Niepowodzenie było bliskie ale on nie dopuszczał go do siebie. Myślał dłuuuugo, stanowczo za dłuuuugo. W końcu coś go olśniło i już miał się odezwać, ale nagle usłyszał jakiś szelest. Spojrzał groźnie w tym kierunku i zobaczył... lisa. Ale nie byle jakiego. Był to sam Kalemin, szpieg i nadzorca Lunny. Dioner spojrzał na niego tylko pól okiem i wrócił do "rozmyślań" jeżeli tak to można nazwać. Jego pomysły były bowiem albo nierealne, albo głupie. On jednak nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, lecz uznawał je za mało... przydatne lub skazane na niepowodzenie. Po chwili przypomniał sobie porażkę Sziry oraz jej "cudowną" truciznę i jej następstwa zakończone porażką. To zainspirowało go do chaotycznego pomysłu.
- Lunna - zwrócił się do lwicy
- Tak? - zapytała
- Znasz się na truciznach?
- Chyba nie rozumiem, ale tak znam się kiedyś Riki...
- Nie obchodzi mnie to, dla mnie ważne jest to że się na nich znasz
- Przepraszam że się wtrącę, ale czy to rozsądne? - powiedział Kalemin
Dioner spojrzał na niego groźnie, a lis podwiną ogon, spuścił głowie i zamilkł. Lis poczuł się urażony, ale tego nie okazywał, a tak właściwie to nie mógł bo król Brylantowej Ziemi były jeszcze bardzie zły niż jest. Pomruczał jedynie coś pod nosem. Po krukiem przerwie władca Brylantoziemców znowu zwrócił się do lwicy.
- Potrzeba jest trucizna dla Kovu!
- Tylko jaka? - zapytała
- Silna i jakaś która można przenieś na sobie oraz powodująca powolną i bolesną śmierć
Lunna usłyszawszy słowa Dionera bardzo się zasmuciła, pomimo iż wiedziała że ma zabić Kovu. Wiedziała również że jej pan jest okrutny, ale nigdy nie przyszło by jej na myśl ze aż tak. Nie chciał śmierci króla Lwiej Ziemi jednak nie miała wyboru. Nie mogła nic zrobić, jedynie być posłuszna. Tyko tyle i aż tyle. Lunna wzdychała głęboko, ale wciąż stała w miejscu. Spojrzała potulnie na króla Brylantowej Ziemi, lecz on tego nie odwzajemniał. Patrzył na nią, jednak jego wzrok próbował mimo wszystko jej unikać. W około trwała cisza, bez przerwana. Nagle Dioner rzekł:
- Znasz taką?
- Wydaje mi się że tak, ale nie łatwo ją znaleźć - odparła Lunna
- No dobrze, a więc masz czas do jutrzejszego południa, to właśnie wtedy zadaszenie Kovu cios który go zabije... ale musisz to zrobić na oczach wszystkich
Dioner odwrócił się i odszedł, Kalemin też gdzieś zniknął. Lwica została całkiem sama. Samiusieńka wraz ze swoimi problemami i swoim sumieniem, z którym aktułalnie toczyła zacięty boj o to co powinna zrobić. Nie zgadzała się bowiem w tej sytułacji nie tyle z Królem Brylantowej Ziemi co sama ze sobą. Bardzo nie chciała śmierci Kovu, ale z drugiej strony gdy tego nie zrobi zginie ktoś inny. Podczas gdy Lunna biła się z myślami Lwioziemcy odpoczywali nad wodopojem. Tego dnia byli tam wszyscy, co nie zdarza się często. Dorośli spędzali czas na rozmowie, a lwiątka ku zdziwieniu wszystkich odpoczywały w cieniu traw. Tego dnia nie miały siły na zabawę, ale prowadziły ożywioną rozmowę, wszystkie za wyjątkiem Torena. Nie czuł się on tu dobrze, całe dnie chodził sam i był smutny. Bardzo brakowało mu ojca. Najgorsze było jednak to że obwiniał siebie za to co się stało, oraz nie dokończył tego co zaczęli razem z ojcem. nie miał odwagi rozmawiać z królową. Wydawało mu się że jest całkiem sam. Teraz leżał na kamieniu i starał się nie zwracać uwagi na resztę lwiątek, jednak coś nie dawało mu spokoju, a raczej ktoś. Gdy widział szczęśliwe pyszczki swoich "kolegów i koleżanek" łzy napływały mu do oczu. Nie mógł zrozumieć dlaczego tak wszystko się potoczyło. Nagle coś w krzakach zaszeleściło. Dorośli nie zwrócili na to uwagi, lecz lwiątka ochoczo poderwały się z miejsca, a ponieważ bardzo się zaciekawiły wpadły na pomysł sprawdzenia co to. Ostrożnie więc weszły w gęstą trawę. Nawet Toren postanowił z nimi iść. Błądziły wśród traw dość długo, ale niczego co by mgło wywołać szelest nie znalazły. Były bardzo zawiedzione, a najbardziej Sava. Książę bardzo się rozczarował i nie miał zamiaru tego ukrywać.
- Beznadzieja! Nic nie znaleźliśmy! - powiedział zły Sava
- Nie przejmuj się tak, braciszku - odrzekła Lennia
- Nic się takiego nie stało - powiedziała Malaiki
- Macie rację, przynajmniej nikogo nie zawiedliśmy - powiedział książę
Na te słowa Torenowi zebrało się na płacz, a ponieważ nie chciał by ktoś o tym wiedział czym prędzej uciekł. Nie wiedział dokąd, ale wiedział ze chce być jak najdalej "książęcej paczki". Lwiątka nie przejęły się jego oddaleniem się, a ponieważ im się nudziło zaczęły się bawić. Tylko Rumia niebyła z tego zadowolona, lecz nie zareagowała. Syn wyrzutka biegł na oślep nie zwracając na nic uwagi,po dłuższym czasie zmęczył się i usiadł pod jakimś drzewem. Siedział tam dość długo i myślał. O czym? O tym co się stało i co by się stało gdyby wraz z ojcem nie przybyli na Lwią Ziemię. Dumałby pewnie dalej gdyby nie wpadła w niego jakaś lwica, a był nią nie kto inny tylko Lunna.
- Ciocia? - zapytało lwiątko
Lwica popatrzała na niego przez chwilkę i odeszła bez słowa, zostawiając lwiątko w lekkim szoku. Zmierzała ona nad wodopój po potrzebne zioła do trucizny. Teraz już była pewna że jutro to zrobi, nie miała innego wyjścia. Kiedy jednak znalazła się na miejscu, zaskoczył ją tłok, panujący nad wodopojem. Było za dużo świadków więc nie mogła zabrać się za "zbiory". Postanowiła chwilę poczekać, a przy okazji odpocząć. Zdawała sobie jednak sprawę że straci dużo czasu i będzie musiała to nadrobić nocą, jednak w obecnym położeniu niewiele mogła zrobić.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mam nadzieję że się podobało :) Wybaczcie że baz obrazkow, ale mialam awarie komputera i straciłam wszystkie dane, więc nie moge teraz dodać, ale jak juz wszysko doprowadzę do normy to dodam jakis obrazek. Co do konkursu jak widać go nie chcecie bo pod notatką 22 widzę tylko 5 komentarzy. A ponieważ zbliżają się swięta to zyczę Wesołych Swiąt. Mam do was pytanie odnosnie czcioni jaką chcecie
abc
abc
abc
abc
Notatka tym razem trochę dłuższa, ale czy wam się podobało? To już wasze zdanie.
Blogerka

piątek, 27 listopada 2015

#22. Niektórych błędów nie da się naprawić

Król zadowalany wracał do swojego królestwa. Nie spodziewał się jednak że Teren już tam był. Powolnie więc szedł przez wąwóz niczego nie świadom. Tym czasem biedny Teren i jego syn ukrywali się w trawie. Bardzo ich zaniepokoił nagły natłok lwów i lwic. Domyślili się jednak że to lwiczka musiała ich wydać. Bardzo się bali, nie było jednak już odwrotu. Wszystko albo nic. wiedzieli o tym przychodząc tu. Nie spodziewali się jednak takich komplikacji.
- Tato boje się - powiedział Toren
- Ja też synku. ja tez - odpowiedział mu lew
Ostrożnie zbliżali się. Mieli wielkie szczęście że jeszcze nie zostali zauważeni. Podeszli już dość blisko pod lwią skałę. Nagle lwiątko zauważyło lwiczkę która rano spotkali. Siedziała na czubku Lwiej Skały. Toren ostrożnie szturchnął Terena. Teraz obaj już wiedzieli co się stało. Lwiczka była księżniczką, więc dla nich to było już oczywiste że nie mogła utrzymać sekretu, a tym bardziej jeśli znała historię. Teraz już nie mieli szans na rozmowę z Kiarą. Musieli się wycofać, ale to niestety nie było takie łatwe. Byli w opłakanej sytuacji. Do tego dochodziło jeszcze zmęczenie. Postanowili więc obejść Lwią Skałę i ukryć się w jakiejś zapomnianej jaskinie przez pewien czas. Kiara tym czasem biegała zaniepokojona po sawannie razem ze swoimi poddanymi. Była strasznie podenerwowana. Tak bardzo że nie zaważyła Kovu który własnie się pojawił i przez nierozwagę wpadła na niego.
- co tu się dzieje? - zapytał Kovu
- Teren jest na Lwiej Ziemi - odpowiedziała Kiara
Kovu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Natychmiast zwołał do siebie grupkę najsprytniejszych lwic i zaczął rozważne poszukiwania. Szukał długo, ale niczego nie znalazł. Poszukiwania trwały jednak bardzo daleko Lwiej Skały. Nagle król jednak postanowił zmienić front i poszukać go bliżej ,,tronu". Wiedział bowiem ze to miejsce było dla niego zawsze celem, więc czemu teraz miało by być inaczej? Szybko skierował lwice ku Lwiej skale. Kiarę to trochę zdziwiło więc postanowiła obserwować Kovu z ukrycia. Król czuł w powietrzu jakiś nieznajomy zapach, więc domyślił się że to Teren, nie dobiegał jednak z przodu skały tylko z tyłu. Kovu więc czym prędzej tam popędził. Węch go nie zawiódł ledwo co obszedł skałę, stanął tuż przed Terenem.
- No proszę kogo mu tu mamy - powiedział szyderczo i zaczął się zbliżać do czerwonego
- Kovu, proszę daj mi wyjaśnić - błagał Teren
Król nie przejął się tym i podchodził coraz bliżej i bliżej.
- Ty zdrajco, tu nie ma czego wyjaśnić, jesteś wyrzutkiem, a co za tym idzie? To że prawo jest bezwzględne dla wyrzutków - powiedział przypierając lwa do skały i śmiejąc mu się prosto w twarz
Kiara przyglądała się temu z ukrycia. Wiedziała jednak że prawo jest prawem i nawet ona nic tu nie wskóra. Teren nie miał już drogi ucieczki. Czekał teraz tylko na nieuniknione, miał tylko nadzieję że oszczędzą jego syna w końcu mały Toren nigdy nie został wygnany. Kovu bardzo się cieszył że nareszcie pozbędzie się znienawidzonego ,,przyjaciela" z dzieciństwa. Król miał jednak zamiar rozkoszować się zwycięstwem.
Fragment może zawierać brutalne treści
Podniósł łapę i z całej siły uderzył wyrzutka w pysk. Poważnie przy tym go raniąc. Zaczął mu pazury wbijać w łapy. Sprawiając mu przy tym olbrzymi ból. 


Następnie znowu uderzył go łapą w pysk, robiąc mu przy tym jeszcze większe rany. Kovu pałaszował się zwycięstwem, powoli uświadamiając Terenowi że to on jest królem i to on rządzi zamiast niego. Kovu wysuną pazury i przejechał swojemu ,,przyjacielowi" po karku. Po czym znów zaczął ranić mu łapy z których i tak lały się strugi krwi. W końcu Kovu znudziło się ,,dokuczanie" czerwonemu, więc skoczył na niego i zadał mu ostatni śmiertelny cios.
- Kocham cię synku - wypowiedział czerwony i odszedł
Teraz Kovu zwrócił się do lwiątka. Popatrzał gniewnie na nie i już miał zadać mu cios..., kiedy z ukrycia wyskoczyła Kiara.
- Zostaw go - zawarczała
- To przecież syn tego zdrajcy - odparł Kovu
- To nie znaczy że musi skończyć tak jak ojciec, w końcu ty nie skończyłeś tak jak Skaza
Te słowa strasznie zabolały Kovu. nie mógł uwierzyć że jego królowa mogła mu coś takiego powiedzieć. Tym bardziej że zawsze była miłą, potulną i rozsądną lwicą.
- To co innego - powiedział Kovu obrażony
- Mylisz się mój drogi, to to samo, całkiem to samo
- to co mamy zrobić z synem tego... tego... zdrajcy - powiedział ze złością król
Kiara westchnęła. Popatrzyła na wystraszone lwiątko, następnie na lwice które towarzyszyły jaj mężowi, a na koniec jej wzrok utkwił na zawistnej twarzy Kovu.
- Zaopiekujemy się nim! - powiedziała dobitnie
Kovu nie dowierzał w to co słyszy, nie wierzył ze Kiara mogła postanowić coś takiego. Nie spodziewał by się u niej takiego aktu wybaczenia. Dla niego to lwiątko było zbędne i uważał że należało się by go pozbyć. Dodatkowo szarpała nim jeszcze obawa że w przepowiedni mogła być mowa nie o Terenie tylko jego synu. Jednak zdawał sobie sprawę że jak Kiara się na coś uprze to nie odpuści dopóki nie dopnie swego. Ma to po swojej matce. zawsze ma to co chce więc dlaczego w tym przypadku miało by być inaczej? Kovu nie pozostało nic innego jak odpuścić, dać sobie spokój i ustąpić.
- No niech ci już będzie tylko niech mi nie w chodzi w paradę, jest tu tylko dzięki tobie, ale szybko może podzielić los ojca więc niech uważa - powiedział Kovu bardzo zrozumiale z nutką pogardy i ironii po czym odszedł na Lwią Skałę. Kiara uśmiechnęła się do lwiątka.
- Nie bój się już nic ci nie grozi - powiedziała królowa
Lwiątko jednak nadal było wystraszone i smutne. Ze łzami w oczach patrzał na martwe ciało ojca. Tak bardzo go kochał, a teraz został sam, samiuśki. Zorientowawszy się że jest już bezpieczny. Wtulił się w ciało Terena. Wyglądał strasznie słodko i żałośnie. Kiara teraz musiał zadecydować kto się nim zajmie przecież sam, sobą nie może się zajmować. W przypadku Chortensji jej opiekunem został Kovu,(sorry że wcześniej nie wspomniałam) ale w jego przypadku nie można było o tym nawet marzyć. Musiał być to ktoś inny, ktoś neutralny, ktoś niezawistny, ktoś kto nic nie miał do Terena. W tej chwili widział tylko dwie takie osoby, nie licząc siebie samej. Był to jej ojciec Simba, ale on się by nie zgodził on nawet własną córką się nie zajmuje. Druga osoba była Alra, matka Altani. Na szczęście Kiary ona była akurat wśród lwic które przyszły tu razem z Kovu i do tej pory nie odeszły.
- Alra zajmiesz się nim, dobrze? - zapytał Kiara
- Z wielką przyjemnością królowo - odpowiedziała Alra
Kiara była zadowolona że postawiła na swoim, jednak smucił ją los Terena. Niestety w tym przypadku nie mogła nic zrobić. Była królową więc, musiała strzec swoich poddanych. Zamyślona postanowiła wrócić na Lwią Skałę. W tym czasie Alra wzięła małe lwiątko w pysk i powędrowała z nim nad wodopój.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mam nadzieję że się podobało :) Wiem że dość długo czekaliście, jednak nie mogłam wstawić wcześniej :( Ale dzisiaj już jest i mam nadzieję że wam się spodoba :) Mam do was jedno pytanie co sądzicie o zachowaniu Kovu? Jestem bardzo ciekawa waszej oceny. Następna notatka powinna się pojawić bliżej świąt, bo teraz mam mnóstwo nauki, ale obiecuje że w tym roku pojawią się jeszcze co najmniej 2 notatki ;)
Blogerka

czwartek, 19 listopada 2015

Nagroda

Nagroda otrzymana od Bluə Hərmıønə Lıønəss, za zajęci 3 miejsca w konkursie. Bardzo dziękuję za to wyróżnienie.


sobota, 17 października 2015

#21. Czara zła powoli się napełnia

Słońce jeszcze nie wzeszło nad widnokrąg, a na sawannie już ktoś nie spał. Był to lew i małe lwiątko. Nie byli stąd. Bezszelestnie przemykali wśród traw. Zmierzali w kierunku Lwiej Skały. Jednak wydawało się że prubują ją ominąć. Lew z niepokojem spogladał ku celowi swojej wędrówki. Bał się tego miejce. Bał się Lwiej Ziemi. Bal się o siebie i lwiątko. Nie był tu bezpieczny. W tym bazpiecznym miejscu w oazie spokoju, nie był bezpieczny. Tu był bezpieczny każdy tylko nie on. Wpływ na to miało wiele rzeczy jednak teraz musiał dostać się na Lwią Skałę i w sekrecie porozmawaić z Kiarą. Bal się tego trochę jak ona zareaguje. W końcu ona tez była dla niego niebezpieczna, jednak miał nadzieję że jej dobroć jest nadal taka wielka jak kiedys. Jesli tak to wysłucha go i być może mu pomoze. jesli nie to już po nim. Był w strasznej sytułacji. Spojrzał na lwiątko było strasznie zmęczone, brudne, wychudzone i podrapane z resztą podobnie jak on. Obaj byli niewyspani. Lwiątko ledwo co trzymało się już na nogach.


Lew nie mógł go wziąsć na blecy, bo było by ich bardzo widać. Choć i tak byli bardziej widoczni niż byli by inni. Było to spowodowane ich kolorem. Obaj byli bowiem czerwoni. Lwiątko było jeszcze maleńkie to łatwiej mu było się ukryć mimo wszystko, jednak dorosły lew miał problemy. Ostrożnie zbliżali się do Lwiej Skały. Jednak co się zbliżyli to się odalali by nie zostać zauważonym. Lew bardzo dobrze znał te krainę więc wiedział, gdzie isć by być jak najbardziej skrytym. Przemieszczanie utrudniało mu lwiątko ktore z kazdą chwilą słabło coraz bardziej i bardziej. Tym czasem na lwiej Skale Rumia nie mogła spać. Strasznie się wierciła. Miała jakies dziwne przeczucia jakby obawę przed zyms. Nie mogla już dłużej tak leżeć musiała wyjsć z jaskini. nie chciała jednak nikogo budzic, ale jesli się obudza i jej nie zastana będą się martwić. Nagle wpadła na swietny pomysł. Ostrorznie podeszło do swojej siostry i pociągneła ją za ucho.
- rumia... - krzyneła Lennia
- Ciiii - powiedziała Rumia i zatkała pyszczek siostrze
- Co ty wyprawiasz? - zapytała Lennia
- Idę, na sawanę i mam do ciebie proźbę
- nie pójdę z tobą - odrzekła
- nie. Nie o to chodzi. chodzi o to że jak już mama się obudzi żeby wiedziała gdzie jestem
- no dobra powiem jej, a teraz daj mi spać
- dzięki, kochana jestes - powiedziała po czym ostrożnie wymskneła się z jaskini
Lwicza czym prędej zbiegła na sananę czuła że cos się dzisiaj wydaży. Cos ważnego. Chodziła po sawannie już przez dłuższy czas jednak nadal nic się nie działo. Miala nadzieję ze to tylko chwilowe, bo zaczeła się już nudzić. nagle zauważyła cos w trawie.
- Co to? - powiedziała sama do siebie
ostrożnie zaczeła isć w tym kierunku. Jednak ciekawosć kazała jej przyspieszyć. Lwiczka pomału zaczeła zauważać kształty. Była już dosć blisko by zauważyć by cos jest nie tak. Jednak była już tak zafascynowana że niczego niepokojącego nie zauważyła. Podeszła więc bliżaj. Nagle staneła tuż przed czerwonym lwem.
- Aaaaa! Ratunku! - zaczeła krzyczeć
- Nie bój się mnie! Nie zrobię ci krzywdy - mówił czerwony w pospiechu
na szczęscie nikt lwiczki nie usłyszał, więc lwu oraz lwiątku na razie nic nie zagrażało.
- kim jestes? - zapytała Księżniczka
Lew spojrzał porozumiewawczo na lwiątko. Nie wiedział kim jest lwiczka i czy go nie zdradzi, ale teraz nie miał wyboru.
- Powiem ci jak obiecasz że zachowasz to w tajemnicy, nie jestesmy tu bezpieczni - powiedziało lwiątko
- Obiecuję - powiedziała Rumia
- No dobrze. Ja jestem Toren, a to mój tata Teren i nikt, a to nikt nie może nas tu zobaczyć
Księżniczka nie rozumiała obaw lwiątka. Była jeszcze mała i nie miała jeszcze żadnych lekcji o panującym prawie, więc nie miała pojęcia o niczym. Nie miała zamiaru bardziej jednak dopytywać. Zauważyła że czerwoni się spieszą wię postanowiła dać im już spokój. Lwiczka bez słowa pożegnania zaczeła się oddalać. Lwiątko trochę posmutniało jednak wiedziało że ona jest z Lwiej Ziemi, a on no cuż... nie jest z tond. Nie zdawało sobie jednak sprawy, ani jego ojciec że to królewska córka. Znowu zaczeli się skradać. Musieli jrednak ptzyspieszyć tempa. Bo słońce już wstało. Spieszyli się jak tylko mogli. Byli jednak zbyt zmęczeni by poruszać się szybko i sprawnie. księżniczka bardzo podekscytowała się tym co się stało. Nie mogła wytrzymać z sekretem więc co tchu pognała na Lwią Skalę. na miejscu ku jej zadowoleniu, nikt już nie spał, nawet Sava. Tak właściwie to po nim na Lwiej Skale nie było już śladu. Zdziwiło to trochę Rumie, ale w tej chwili było to dla niej najmniej istotne. Nagle na czubku skały zauważyła mamę. Postanowiła własniej jej zwierzyc się z sekretu. Prędko więc wdrapała się na szczyt. Podbiegła do mamy i wtuliła się w nią.
- Mamo nie uwierzysz co się dzisiaj stało - powiedziała
- Co takiego się stało kochanie - zapytała czule Kiara
Lwiczka wzięła głęboki wdech, rozejrzał się dookoła, spojrzała w dali i zaczęła.
- Spotkałam dzisiaj lwa i lwiątko - zaczeła
Te słowa trochę zaniepokoiły Kiarę. Nie miała powiem pojęcia kto to może być i w jakim celu jest na Lwiej Ziemi.
- Co o nich wiesz? - pytała Kiara z niepokojem
- Obaj byli czerwoni, lwiątko miało na imię Toren, a lew chyba... Teren
Kiara cała zbladła. Ledwo co trzymała się na nogach. Miała jednak nadzieję  że curka się przejęzyczyła.
- Jesteś pewna - zapytała z nadzieją Kiara
- Tak,... - zaczęła Księżniczka
Na te słowa Kiara czym prędzej zbiegła ze skały i zaczęła wołać lwy i lwice
- Mówili że nie są tu bezpieczni - dopowiedziała Księżniczka, ale Kiara już jej nie słuchała
Królowa wydała z siebie potęrzny ryk i czym prędzej zwołała wszystkie. Po krótkiej chwili zebrali się wszyscy oprócz oczywiście króla (w prawdzie go nikt nie widział od wczorajszego wieczoru) zebrali się pod jaskinią. Kiara była bardzo zdenerwowana. Czym prędzej zaczeła więc przemowę.
- On tu jest, znowu! Musimy go odnaleźć za wszelką cenę! Jak najszybciej! - poweidziała Kiara w pospiechu
- A co mamy z nim zrobić gdy go znajdziemy? - zapytała jedna z lwic
- To co konieczne! Znacie prawo! - powiedziałah smutnie, ale dobitnie Kiara
Wszyscy jakby na komendę zbiegil z Lwiej Skały i rozbiegli sie po sawannie w poszukiwaniu lwa. Tym czasem Kovu wasnie wracał z Rajskiej Ziemi. Nie spodziewał się jednak kogo napotka...
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mam nadzieję że się podobało :) Następna notatka będzie dopełnieniem tej. Mam nadzieję ze choć trochę was zaciekawiłam :) Zdradzę tylko że obowiązek jest obowiązkiem i miłosć potrafi wybaczać nawet smierć. Więcej nie podpowiem.

sobota, 10 października 2015

#20. Gwiazdy przenoszą mażenia

Ten dzień był dla Kovu bardzo trudny, najpierw dowiedział się że jego syn umrze, puźniej okazało się że cudownie ozdrowiał i że grozi mu jakies wielkie niebezpieczeństwo. Później uratował lwiczkę której matka umarła na jego oczach. Król nie miał tego dnia wcale czasu, dla siebie i... Cały dzień pochłaniały go inne spawy. z dnia na dzień coraz bardziej żałował że zgodził się zostać królem. Wprawdzie wtedy zranił by kiarę i dzieci, ale oni go nie interesowali jedynie kto go interesował to jego syn i następca. To była jedyna osoba oprócz... na której mu zależało. Teraz musiał czym prędzej udać się na polanę do syna. Wiedział ze ten już na pewno na niego czeka. Miał jednak jeszcze jedną sprawę do załatwienia. Było to dla niego bardzo ważne. Musiał jednak się spieszyć by nie zawieźć syna. Szybko więc pobiegł do groty położonej na uboczu skały. Kiedyś tam mieszkał jego ojciec. Na scianie były dziwne symbole. Wydawało się jakby krążyły wokół jakiegoś lwiątka, a następnie lwa i go niszczyły kovu już wiedział. Musiał ratować syna przed Terenem.
- Ten zdrajca musi umrzeć, według tego niedługo pojawi się na lwiej Ziemi, a wtedy wedle prawa się go pozbędę - pomyślał Kovu
Szybko wyszedł z jaskini i popędził na polanę gdzie czekał na niego już zniecierpliwiony Sava.
- No nareszcie tato - powiedziało lwiątko
Kovu czule przytulił syna. Bardzo go kochał i nie chciał by mu się coś stało mimo iż miało to nastąpić w bardzo odległej przyszłości. Kovu spojrzał w niebo, nagle łzy zaczęły napływać mu do oczu.
- Co się stało tato? - dopytywał Sava
- Nic synku. Zupełnie nic
Kovu położył się i przytulił syna.

(wiem, wiem, okropny obrazek, ale już nie miałam siły go poprawiać)

Wtedy przypomniał sobie czasy kiedy to jego ojciec był z nim. Było to bardzo dawno ale on wszystko doskonale pamiętał. Pamiętał wszystko, co się stało w przeszłości. Wiedział że musi wszystko wytłumaczyć synowi, lecz nie od razu. Nie mógł mu tak po prostu opowiedzieć wszystkiego, to było zbyt straszne, a on był jeszcze taki malutki. Dzisiaj chciał mu powiedzieć tylko najprostsze i najmniej okrutne rzeczy.
- Synku jesteś następcą tronu, więc... - zaczął Kovu
- Jej, naprawdę? - udawał zaskoczenie Sava
- Tak, więc jako przyszły król musisz mieć swoją królowa, więc powinieneś...
- Ale ja już mam moją królowa. Od dzisiaj jestem z Shetani
Kovu trochę się zdziwił. nie przepadał za ta lwiczką. Jednak skoro była taka decyzja jego syna musiał ją uszanować. Sam na swoim przykładzie wiedział jak potężna jest miłość, o ile trwa.
- Wiesz że jako król możesz liczyć na pomoc dawnych królów, którzy są ws ród gwiazd - powiedzial kovu
- A czy dziadek Skaza też tam jest? - zapytał Kovu
To pytanie zdziwiło Kovu. Wiedział że Sava jest jeszcze za mały na odpowiedź. Jednak jest również uparty. Kovu nie wiedział jak z tego wybrnać. To nie było takie proste jak sie wydaje.
- Synku to skąplikowane... - zaczoł król
- nie rozumiem - powiedział Książę
- wiesz że bycie królem nie jest łatwe, mam do ciebie pytanie czy umiałbys być bezwzględny? - zmienił Kovu temat
- Bezwzględny? To zależało by od tego co dany lew zrobił - powiedział Sava
Kovu bardzo ucieszyły te słowa. Wiedział już że jego syn jest godnym następcą. Odziedziczył on bowiem najlepsze cechy po ojcu i po matce. Te cechy po matce niezbyt podobały się Kovu ale tak naprawdę nie były takie złe. Sava zapowiadał się na wspaniałego krola. Kovu zaczoł sobie wyobrażać żądy syna. Niestety jego wyobrażenia były wspaniałe według niego. widział on bowiem syna w roli surowego króla, który nie liczy się z nikim, panuje okrutnie i twardą łapą bez zadnych ustępstw. Królestwo podpożądkuje pod siebie. Jest samowystarczalny, a inni to marionetki w jego rękach. To była wspaniale wyobrażenia dla Kovu.
- Kocham cię synu - powiedział nagle Kovu
Sava wtulił się w niego i rzekł :
- Ja ciebie również tato
Resztę wieczoru spędzili patrząc w gwiazdy. Kiedy zrobiło się już bardzo ciemno Kovu przypomniał sobie o obietnicy.
- synku idź już spać ja przyjdę niedługo - powiedział król
Sava posłusznie wrócił na Lwią Skalę, a kovu skierował się w przeciwnym kierunku
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mam nadzieję że się podobało :) Ta notatka jeszcze nie powinna się ukazać, ponieważ pod ostatnią notatką nie pojawił się czwarty komentarz, no ale już postanowiłam opublikować tę notatkę.